.To wnioski z webinaru, w którym razem z Filip Nowicki, Eryk Put, Filip Goszler, Raynet CRM brałem udział.
LinkedIn nie jest robotem. Jest targiem z arbuzami.
Nie mam slajdów. I to nie jest kokieteria. To jest komunikat.
Bo cała ta dyskusja o sprzedaży, LinkedInie, algorytmach i „jak robić zasięgi” bardzo często zaczyna się dokładnie w złym miejscu. Zaczyna się od narzędzia, a nie od człowieka. Od wykresu, a nie od rozmowy. Od „jak to obejść”, a nie od „po co w ogóle to robię”.
A na końcu – po drugiej stronie ekranu – siedzi jakiś gość. Człowiek. Nie algorytm. Nie lead. Nie ICP. Człowiek z własnym humorem, zmęczeniem, dystansem i bardzo wyczulonym radarem na bullshit.
I dokładnie tak samo jak z wyjazdem na wakacje w deszczu: możesz marudzić przez całą drogę, cały pobyt i powrót, albo możesz dobrze się bawić z tymi kilkoma osobami, które faktycznie są dla ciebie ważne. LinkedIn działa dokładnie tak samo. Możesz płakać nad zasięgami. Albo możesz budować relacje w swojej skali.
Bo wszystko jest kwestią skali.
Skala, czyli dlaczego „dziki trener” działał
Weźmy prosty przykład. Dziki Trener. Dziś symbol wszystkiego, co internet uwielbia wyśmiewać: chłopski rozum, ekspert od wszystkiego, memiczna figura. Ale dekadę temu? Robił proste filmiki o siłowni. I miał wystarczającą skalę, żeby to zadziałało.
To samo jest z LinkedInem. To jest najlepsza platforma sprzedażowa, jaką wymyślono – i jednocześnie najgorsza UX-owo rzecz, jaką ludzkość wypuściła z rąk.
Spróbuj prowadzić 10 rozmów naraz. Nie 20. Dziesięć. Jedną zgubisz. Drugą przeoczysz. Trzecia przykryje się innymi. Odpowiesz komuś po dwóch tygodniach i wyjdziesz na chama, mimo że to platforma zawaliła.
Możesz się zweryfikować biometrią, ale:
– nie dodasz HD video
– nie zmienisz zdjęcia w tle na firmowym profilu z telefonu
– artykuł dodasz tylko robiąc fikołki przez Safari
– import kontaktów istnieje tylko teoretycznie
A jak wyślesz za dużo wiadomości ręcznie – dostaniesz bana za bycie botem.
Logika? Nie pytaj.
Czy ty na LinkedInie jesteś w pracy?
To jest pytanie, które warto sobie zadać. Bo „bycie profesjonalnym” bardzo często oznacza dziś granie cudzej roli. Biała koszula. Granatowy garnitur. Krawat. Agent Smith z Matrixa.
I jasne – jeśli to jest twoje plemię, jeśli tak się czujesz dobrze, jeśli to jest spójne z tobą – super. Ale jeśli zakładasz krawat tylko dlatego, że „tak wypada”, to może warto zapytać: kto ustalił, że wypada?
To jest dokładnie jak ten stary dowcip o szynce, którą rodzina obcinała z dwóch stron, bo babcia tak robiła. A babcia tak robiła, bo miała za mały garnek. I przez 20 lat wszyscy wyrzucali jedzenie, bo „tak się robi”.
W sprzedaży i w social mediach jest mnóstwo takich garnków.
Autentyczność to nie „bądź taki, jak ja chcę”
Dziś wszyscy mówią: bądź autentyczny.
Ale to bardzo często znaczy: bądź autentyczny, ale w akceptowalnym zakresie.
Trochę wulgarny – ale nie za bardzo.
Trochę szczery – ale bez dyskomfortu.
Trochę inny – ale żeby dało się sprzedać szkolenie.
Problem w tym, że każde plemię ma własne normy. To, co jest „ostre” na LinkedInie, na Facebooku byłoby ledwie zauważalne. To, co jednych wkurza, innych przyciąga.
I nie da się tego zoptymalizować pod wszystkich.
Jak ktoś mówi „postujesz za dużo”, to zawsze jest opcja postować jeszcze więcej. Bo to nie algorytm jest problemem. Problemem jest to, że ktoś nie jest twoim plemieniem – i to jest okej.
Zasięgi nie są dowodem sensu
300 tysięcy wyświetleń.
Trzech nowych obserwujących.
Dwudziestu odeszło.
I nagle pojawia się pytanie: czy ja właśnie zrobiłem coś źle, czy po prostu mylę korelację z przyczynowością?
To jest jak taniec deszczu. Jak zatańczysz i spadnie deszcz, to nie znaczy, że masz wpływ na pogodę. Tak samo post, który „poszedł”, niekoniecznie mówi cokolwiek o jakości relacji, jakie budujesz.
Relacje widać dopiero po czasie. Po tym, z kim faktycznie rozmawiasz. Kto się odzywa. Kto pomaga. Kto zostaje.
Nie ma sprzedaży bez rozmowy
Możesz mieć najlepszy produkt świata.
Najlepszą ofertę.
Najlepszy copywriting.
Ale jak stoisz na targu z arbuzami i tylko patrzysz, aż ktoś podejdzie – to sprzedasz tyle, ile akurat los pozwoli.
Sprzedaż zaczyna się od rozmowy. Od „cześć, co słychać?”. Od „jest coś, w czym mogę pomóc?”. Od zwykłego ludzkiego kontaktu.
A LinkedIn – paradoksalnie – nie pomaga w utrzymywaniu relacji, tylko w ich inicjowaniu. Dlatego jeśli chcesz sprzedawać sensownie, musisz wyjść poza platformę: CRM, Excel, notatki, cokolwiek, co pozwoli ci pamiętać, z kim i o czym rozmawiałeś.
Bo inaczej wszystko ginie w tym UX-owym bagnie.
Najpierw relacja. Potem oferta.
Zawsze.
Nie dlatego, że tak mówią poradniki. Tylko dlatego, że tak działa człowiek. Najpierw ciekawość. Potem rozmowa. Dopiero potem decyzja.
I nie – nie musisz być unikatowy jak mistrz japońskiej wycinki drzew na jeden powiat. Unikatowość jest przereklamowana. Wystarczy być czytelnym. Spójnym. Prawdziwym w swojej skali.
Reszta to już tylko testowanie. AB. Do skutku. Bez dorabiania ideologii.
Puenta (bo jakaś musi być)
LinkedIn to nie algorytm.
To nie magiczny system.
To nie gra, którą da się „przejść”.
To plemię. Albo raczej: wiele plemion naraz.
Jedne cię lubią. Inne nie. Jedne zostaną. Inne odejdą.
I to jest w porządku.
Bo sprzedaż, marketing i networking to nie jest sztuka przypodobania się wszystkim. To jest sztuka bycia wystarczająco sobą, żeby właściwi ludzie zostali.
Reszta?
Niech sobie narzeka na pogodę.
Tu cały live na YouTube: https://youtu.be/ccOYMVZlk_k?si=URZK7JOzcf4FcpIE